Magda M. blog: Mój typowy dzień (z przymrużeniem oka)

18 lipca 2014

Mój typowy dzień (z przymrużeniem oka)


Cześć!

Przyszedł czas na piątą i ostatnią część blogowego wyzwania, jest nią opis mojego typowego dnia. Moje życie, szczególnie teraz, gdy są wakacje, jestem na zwolnieniu i teoretycznie nic nie muszę jest naprawdę fascynujące ;) Przeczytajcie sami.

Budzik o 8 rano. Otwieram jedno oko i zdaję sobie sprawę, że to już czas, żeby przywitać się z siostrą cukrzycą i bratem glukometrem. Zamykam oko. Ostatnio przed zamknięciem oka przestawiam budzik na 8.30 albo 9.00. A co mi tam! Budzik dzwoni po raz drugi, niezdarnie wyślizguję się z objęć mojego przyjaciela węża, przez normalnych nazywanego poduszką do spania dla ciężarnych. No dobra. Czas Cię zacząć nowy dniu. Człapię do łazienki na krótką, poranną toaletę, mierzę cukier, siadam sobie wygodnie. 

Siedzę tak minutę lub dwie próbując przypomnieć sobie, co mam zrobić dalej. Życie bez pracy to coś, o czym marzę zawsze w trakcie roku szkolnego, kiedy jest jej naprawdę dużo. W ogóle powinnam była urodzić się księżniczką. Nie pracować, nie sprzątać, tylko stroić się, malować paznokcie i pić drinki z palemką, ewentualnie raz na jakiś czas zrobić to, co będę bardzo chciała, mimo, że nie bardzo księżniczce wypada. Ale, że urodziłam się w rodzinie zupełnie nie królewskiej, nie mogę pozwolić sobie na taki luksus. Tak więc gdy jest praca, wstaję i wykonuję wszystkie czynności, które wszyscy pracujący ludzie robią rano. A teraz, z racji tego, że nie pracuję (kocham cię za to, ciążo!), muszę przysiąść i zastanowić się, co trzeba zrobić po porannej toalecie. Aha! Śniadanie.

Jem. Siedzę, piję herbatę, nie wiem co mam robić dalej. Może coś sprzątnę? Pranie nastawię? Jeszcze chwilę posiedzę jednak. Przypominam sobie, że są gary do wyciągnięcia ze zmywarki. Niechętnie wstaję i z pewną dozą optymizmu zmierzam w stronę kuchni podśpiewując "Każdego dnia dziękuję Bogu za to że cię mam". Tak - to do zmywarki. Coś ogarniam. Siadam. Co trzeba zrobić teraz? Ahaaa, wypadałoby się ubrać i ogarnąć też siebie. Idę znaleźć coś, w co jeszcze wchodzę. Ubieram się powoli, zastanawiając się po co mi wszystkie te ciuchy, jak na okrągło i tak chodzę w tych samych rozciągniętych łachach (przynajmniej w domu). Nie zajmuje to jednak długo moich myśli. Udało się, ubrałam się, człapię znów do łazienki na bardziej rozbudowaną część toalety (to jest element opcjonalny, w zależności od tego czy mam zamiar wyjść z domu, czy nie). Napaćkam sobie różnych, dziwnych rzeczy na twarz i jestem w miarę zadowolona. Wracam do salonu, siadam. Przypominam sobie, że zapomniałam pomalować drugiego oka. Jem drugie śniadanie, wracam do łazienki dokończyć makijaż. No! Można iść na zakupy!

Najpierw muszę sobie przypomnieć, gdzie położyłam kluczyki. Są! Tam gdzie zawsze? A to niespodzianka! Wsiadam do samochodu. Po krótkim powtórzeniu wiadomości - sprzęgło, hamulec, gaz - ok, to jeszcze pamiętam, ruszam. Jadę do Lidla, bo tam fajne rzeczy dają. Zawsze wracam z czymś niepotrzebnym i dobrym wytłumaczeniem dla Szefuńcia (to mój odpowiednik blogowych mężów, małży, TŻ-ów, dużych M. i tak dalej), żeby wiedział, że "naprawdę jest nam potrzebna ta nowa, ładna miska i zestaw kolorowych ścier do kuchni". Zazwyczaj wierzy, chociaż wydaje mi się, że udaje, bo szkoda mu strzępić sobie język na moje fanaberie. Czas na obiad.

Gotuję sobie żwawo i radośnie. To akurat lubię, i o dziwo pamiętam, co i jak, nie muszę 3 razy dzwonić do mamy z pytaniem "czy ryż wrzucało się do zimnej czy do wrzątku". Chociaż jedna rzecz, której ciąża u mnie nie upośledziła (dziwne słowo swoją drogą).

Czy wspomniałam, że do tej pory byłam nieszczęśliwa? Byłam. Z głodu. Po obiedzie jestem szczęśliwa. Po obiedzie, czasem przed kolacją, czasem po, wraca Szefuńcio. Podaję mu do koryta i opowiadam, jak pracowicie minął mi dzień. Zazwyczaj wierzy, albo... albo nie ma albo, nie ma co tracić złudzeń. 

Reszta dnia mija różnie - zakupy, sprzątanie, oglądanie seriali, blog - to elementy, które powtarzają się często o różnych porach dnia i czasem nocy. Czekam na kolację. Bo znowu jestem głodna i nieszczęśliwa. 

Koło 23 idziemy spać. Dobranoc Szefuńciu, dobranoc, Malutka. Jutro znów o 8 otworzę oko ;)

Właśnie obiad mi pika, dzisiaj u nas jedzą rybę, więc lecę, i nie musicie życzyć mi szczęścia!

Buziaki,

Darmowy hosting zdjęć

8 komentarzy:

  1. Oj, też zawsze chciałam urodzić się w książęcej rodzinie ;) Pomarzyć zawsze można! :)
    Lidla uwielbiam, chyba najlepszy supermarket wg mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tak samo, też jestem nieszczęśliwa przed obiadem. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. :) Oj, jak ja tęsknię za tym czasem... A wstanę... A nie... Po co... Ubrać się? Nie... Będę miała więcej prania :D

    OdpowiedzUsuń
  4. "bo tam fajne rzeczy dają" :D gdyby wlaśnie dawali a nie sprzedawali... świat byłby piękniejszy. A my nie musiałybyśmy się wysilać w tłumaczeniach męszom naszym :)

    OdpowiedzUsuń
  5. haha :) dobry tekst sobie zostawiłam na wieczór :) przeczytałam cały z uśniechem na twarzy :):) o!ciążo...najszczęśliwszy czas.leniwy taki jak nigdy później... miłego wieczoru ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha ha ha piękny dzień :) Aż mi się przypomniało jak ciąża upośledzała moją zdolność myślenia, a biorąc pod uwagę fakt że pracowałam do 7 miesiąca ciązy i jeszcze kończyłam studia podyplomowe było to dość męczące. Kiedyś wyszłam z domu nie zamykając go ;) nie wspomnę już o tym że studia podyplomowe były wieczorami gdy moja zdolność pojmowania świata była dość mocno zaburzona, hmmmm że co mamy napisać? jak można myśleć o czymś innym niż o jedzeniu?

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetnie opisałaś swój dzień, piszesz lekko (ahh my filolożki!) i fajnie się to czyta! Szczególnie cześć o byciu księżniczką - story of my life - uśmiałam się :) Szefuńcio... dobre :)

    Buziaki dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że blogi pozwalają nam dowiedzieć się czegoś o sobie :)

      Usuń

TOP