20 listopada 2014 roku zostałam superbohaterką. Mamą, znaczy się. Nigdy wcześniej, ale też nigdy później nie czułam się tak niesamowicie zajebista, jak te kilka dni po porodzie. Dlaczego?

19 listopada rano przyjęto mnie do szpitala na wywoływanie porodu. Badania, żel i heja na salę czekać, czy coś zacznie się dziać, czy nie. Szczerze mówiąc nawet nie liczyłam na to, że tego samego dnia zacznie się akcja porodowa. Do terminu brakowało jeszcze kilku dni, a wywoływano u mnie poród tylko dlatego, że miałam cukrzycę ciążową, a takich ciąż nie powinno się przenosić.
Tak sobie leżałam i pachniałam z myślą, że następnego dnia podadzą mi oksytocynę i będą indukować dalej. Bałam się oczywiście straszliwie, o czym wspominałam tutaj. Późnym wieczorem zaczął boleć mnie brzuch. No dobra, pomyślałam, że tak ma być, w końcu poród tuż tuż. Ale że to już? Wszystkie położne twierdziły, że nie, że brzuch wysoko, skurcze się nie piszą, że tak ma być, bo szyjka się przygotowuje. Ok. Od 23 zapisywałam skurcze, które ewidentnie czułam (jak to do cholery się nie piszą jak to tak boli???) w aplikacji. Najpierw co 10 minut, później co 7, 5… Po północy dzwoniłam do Szefuncia, że boli, ale że nie rodzę. Po 2 dzwoniłam, że boli bardzo, ale że też nie rodzę. W międzyczasie zaczęłam krwawić, na co położne stwierdziły, że to normalne, bo szyjka, sratytaty, ale nie rodzę i już. Wkurzona byłam już nie na żarty i przekonana, że ja nie dam rady nigdy i za żadne skarby świata urodzić Majki, skoro NIC się nie dzieje, a już tak boli. Przed 5 dzwoniłam do Szefuncia, że boli, że ojapierdolę, i że ma przyjechać i załatwić mi cesarkę, hehe, płonne nadzieje.
Szefuncio zjawił się nie pamiętam o której, bo ból odbierał mi racjonalne spojrzenie na świat, ale skurcze przestałam zapisywać około 7. Naprawdę, byłam przekonana, że skoro położne twierdzą, że nic się nie dzieje, skoro nie spałam całą noc i zaraz mają mi wywoływać poród, byłam przekonana, że umrę tam po prostu. 
Doczekałam się badania. 4,5 cm rozwarcia! Alleluja! Jednak rodzę! No dobra, jak rodzę, to może boleć. Dawaj na porodówkę! Dostałam jakieś leki, pomogły, na krótko. Prosiłam o znieczulenie, i było już prawie u mnie w kręgosłupie, kiedy to po kolejnym badaniu lekarz stwierdził ‘Dziewczyyyyno, jakie znieczulenie, 7 cm, zaraz będzie po wszystkim!’. Zrobiło mi się trochę przykro, ale jak przez mgłę pamiętam myśl – ‘ZARAZ! Zaraz będzie Majka! Dam radę!’. Z 7 cm akcja szybko potoczyła się do 10. Choć dla mnie mogło to trwać 2 dni, bez różnicy, to cholerstwo boli tak, że zabiera do innego świata. Stety i niestety. Dostałam gaz rozweselający, który wrażenie innego świata potęgował, i gdyby nie słowa położnej i ich echo – Szefuncio, powtarzający ‘Oddychaj do brzucha, do dziecka’, to zapomniałabym w ogóle, że trzeba oddychać i bym tam sobie spokojnie zdechła normalnie. Po 40 minutach skurczy partych, kiedy ciągle Maja nie chciała wyjść, bo obróciła się o 180 stopni, przez co poród był trudniejszy, po tym, jak na chwilę stracili jej tętno, zadecydowano o cesarskim cięciu.
Czułam się jak w filmie. Jechałam na łóżku, wijąc się z bólu, widziałam tylko szpitalne lampy. Znieczulenia nawet nie czułam. Czułam tylko, jak ktoś szarpie mi brzuch od środka, na szczęście czuć było tylko dyskomfort, nie ból. Chwilę później położna położyła mi na piersi Maję. Żebyśmy się poznały, przytuliły, żebym mogła zobaczyć jej śliczne, czarne oczka, i przekonać się, że to na pewno moja wyczekana dziewczynka 🙂
 W dniu cesarki byłam zamroczona lekami, dzień ten pamiętam jak przez mgłę. Pamiętam jednak doskonale to uczucie, największej siły na świecie, mimo, że nie byłam w stanie nawet ruszyć palcem u nogi. 
Mimo bólu po operacji (który jednak nie był jakiś strasznie dokuczliwy) i braku snu przez kilka dób czułam się tak dumna, tak silna, że mogłabym przenosić góry, zawojować świat. Czułam się królową życia! Urodziłam dziecko, wydałam na świat nowe istnienie, byłam mistrzynią świata! Nigdy nie czułam do siebie takiego szacunku. Aż żałuję, że te wszystkie niesamowite uczucia jakoś zbledły…
Ale nie zniknie nigdy to jedno.
20 listopada 2014 roku, o 11:39, zostałam superbohaterką. Zostałam mamą.

*przepraszam za dosadność i kolokwializmy, jednak do własnej historii porodowej podchodzę z wielką dozą emocji 🙂 Post inspirowany zadaniem ‘Historia z przeszłości

(function(i,s,o,g,r,a,m){i[‘GoogleAnalyticsObject’]=r;i[r]=i[r]||function(){
(i[r].q=i[r].q||[]).push(arguments)},i[r].l=1*new Date();a=s.createElement(o),
m=s.getElementsByTagName(o)[0];a.async=1;a.src=g;m.parentNode.insertBefore(a,m)
})(window,document,’script’,’https://www.google-analytics.com/analytics.js’,’ga’);

ga(‘create’, ‘UA-92187595-1’, ‘auto’);
ga(‘send’, ‘pageview’);

Cieszę się, że tu jesteś i że interesują Cię moje treści! Bądź na bieżąco i:

- polub moją stronę na Facebooku TUTAJ
- dołącz do mojej grupy Zadbane i zaradne mamy :)
- śledź kadry z naszego życia na Instagramie TUTAJ
- inspiruj się ze mną na Pinterest TUTAJ