Na R ze szczypcami. O niewyobrażalnym strachu, nadziei i walce

Nowotwór. Rak. Na samo słowo wzdrygam się z przerażeniem. Bo to właśnie choroba jest tym, czego boję się najbardziej. A jeśli w grę wchodzi życie mojego dziecka, ten strach jest nie do opisania. Opowiem Ci, co przeżyliśmy trzy miesiące temu. Było strasznie, choć z happy endem. Ale nie wszyscy mają tyle szczęścia…

Pod koniec stycznia wybraliśmy się na krótki urlop do Karpacza. Było miło, sielsko, zimowe krajobrazy zapierały dech w piersiach, spędzaliśmy czas rodzinnie celebrując chwile jako rodzinka jeszcze 2+1, choć już oczekująca na kolejne szczęście.

W przeddzień wyjazdu spotkaliśmy się ze znajomymi i rówieśniczką naszej Mai, dziewczynki bawiły się beztrosko, tańcząc, skacząc i przekomarzając w blasku ognia z kominka. My, rodzice, wesoło rozmawialiśmy dokumentując harce naszych dziewczyn. I to przeklęte światło właśnie! A raczej jego brak!

Zazwyczaj robię Mai zdjęcia bez flesza, w świetle dziennym. Tamto miejsce było ciemne i klimatyczne, ogień z kominka i małe lampki były jedynymi źródłami światła. Więc telefony automatycznie włączały lampę błyskową.

Gdy zobaczyłam zdjęcia, jakie zrobiłam, uśmiech automatycznie zszedł mi z twarzy. Na kilku ujęciach, w różnych ustawieniach, oczy mojej córki świeciły jak reflektory! Oczy drugiej dziewczynki pozostawały bez zmian. Wiedziałam, że to źle. W internecie ostatnio głośno było o kilku akcjach walki z siatkówczakiem u dzieci. Siatkówczakiem. Nowotworem oczu. Możesz tylko domyślać się, co poczułam w tamtym momencie.

Do końca wyjazdu humory mieliśmy raczej kiepskie, na szczęście już dwa dni później udało nam się odwiedzić specjalistę. A nawet dwóch. Diagnoza – w oczkach nic nie ma! Kamień jaki spadł mi wtedy z serca był tak ciężki, że nie umiem tego opisać. Ulga, jaką poczuliśmy wszyscy była przeolbrzymia. Zapisaliśmy małą jeszcze do znanej pani profesor, żeby zrobić jej więcej badań, ona również uspokoiła nas, że tu o siatkówczaku nie ma mowy. Słowo na R uciekło z naszych głów i koszmarów sennych. Oby na zawsze.

Jednak nie wszyscy mają tyle szczęścia.

Dosłownie dziś rano dostałam w głowę informacją o chorobie córeczki mojej koleżanki. Julcia ma dwa latka. I nowotwór mózgu. A wszystko zaczęło się od… wymiotów. Diagnoza z zatrucia szybko zmieniła się w guz IV komory mózgu. Guz został wycięty, jednak komórki nowotworowe wciąż pustoszą malutkie ciałko Julki. Z pełnej życia dziewczynki stała się niemowlakiem w ciele dwulatki. Tylko leczenie i rehabilitacja są w stanie ją uratować, a przed tą dzielną małą jeszcze rok chemio i radioterapii.

Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Apeluję do moich czytelników, większość z Was jest rodzicami, jeśli możecie wspomóżcie konto Julki na siepomaga. Razem mamy wielką szansę pomóc dziewczynce wrócić do zdrowia i normalnego życia! A to TYLKO pieniądze! Będę też wdzięczna za modlitwę i wszelkie słowa wsparcia dla jej rodziców. Wierzę, że mała z tego wyjdzie, jest dzielna i silna, ta historia musi mieć szczęśliwe zakończenie!

Po co ten post? Z chęci pomocy. Ale jest też drugie dno. Nie bagatelizuj błahych z pozoru objawów! Nawet świecące na zdjęciu oczy czy wymioty mogą oznaczać coś niedobrego, Jeśli z Twoim dzieckiem niepokojąco długo coś się dzieje, nie szukaj porad w internecie, idź do lekarza, domagaj się badań, wnikliwości. Nie doszukuj się wszędzie problemów, ale zdawaj sobie sprawę ze strasznych czasem możliwości.

Na koniec pokażę Ci zdjęcie, które wzbudziło mój niepokój. Żaden z lekarzy, którym je pokazałam, nie zbagatelizował sprawy. Zostaliśmy potraktowani poważnie i profesjonalnie. A to tylko zdjęcie.

Na R ze szczypcami. O niewyobrażalnym strachu, nadziei i walce

Wszystkim Wam i Waszym rodzinom życzę zdrowia! Prosząc o wsparcie dla małej Julki raz jeszcze.

Cieszę się, że tu jesteś i że interesują Cię moje treści! Bądź na bieżąco i:

- polub moją stronę na Facebooku TUTAJ
- dołącz do mojej grupy Zadbane i zaradne mamy :)
- śledź kadry z naszego życia na Instagramie TUTAJ
- inspiruj się ze mną na Pinterest TUTAJ