Spowiedź matki

Ta na zdjęciu to ja. Uśmiechnięta, szczęśliwa mama dwójki dzieci. Mama, żona, kobieta, blogerka, która dość często pisze o tym, jak ważne jest pozytywne myślenie i optymizm. A w życiu rozsypuję się na milion kawałków, zbyt często.

Chyba jestem typową mamą. Przecież niemożliwe, że jestem najgorszą matką na świecie, mimo że zdarza mi się tak o sobie myśleć. Ten wpis powstał z rozmów. Z kilkoma mamami i dziewczynami, które dzieci nie mają. Powstał zainspirowany zwierzeniami bliskich mi kobiet i moimi własnymi. Sama już nie wiem, co powiedziałam ja, a co one. My, kobiety, tak bardzo się rozumiemy.  Matki szczególnie!

Kiedyś myślałam, że będę super mamą. Cierpliwą, uśmiechniętą, serwującą dzieciom atrakcje, taką mamą, wiesz, której inne dzieci będą moim zazdrościć. Teraz myślę o tym i zaraz dodaję…

O ja naiwna…

Proza życia to suka. Nie mam czasu na atrakcje, a to, co serwuję moim dzieciom to często niepedagogiczne zachowania, o których piszą w mądrych książkach ‘A tego nie rób na pewno’. Latam między pralką a zmywarką i do szpiku kości czuję, jak coś ważnego mi ucieka. I jestem wobec tego bezradna.

Permanentnie wkurwiona (przepraszam, muszę, bo się uduszę!), bez szans na rozładowanie tych złych emocji, bo nie mam czasu dla siebie, a dwie godziny tygodniowo, żeby nie zwariować, to w tym momencie abstrakcja.

A wiesz, co jest najgorsze? Że nie mam na co narzekać. Jesteśmy zdrowi, żyjemy na niezłym poziomie, mam, co chcę. To sprawia, że jestem jeszcze bardziej zła na siebie, bo błahostki, takie jak nieposłuszne dziecko nie mogące zebrać się rano do przedszkola, stłuczony kubek czy brak miejsca do parkowania urastają dla mnie do rangi problemu. Nie radzę sobie z emocjami. Czasem czuję się, jakbym była samiutka na świecie, z tymi okropnymi myślami i brakiem wdzięczności mimo wdzięczności!

Pisząc ten tekst (przy karmieniu, jakżeby inaczej) łzy same ciekną mi po policzkach, ale czuję, że to dobrze.

I przypominam sobie rozmowy i sytuacje. Szczere wypowiedzi wspaniałych, cudownych, najlepszych na świecie mam, które stawiałabym sobie za wzór. A wiesz, co mówią?

Że sobie nie radzą. Że dają sobą rządzić trzylatkom. Są zmęczone, sfrustrowane i tak jak ja ciągle, wiecznie, beznadziejnie niezadowolone. Nie raz słyszałam z ich ust: ‘Chyba mam depresję’. Nie raz sama to zdanie wypowiedziałam. Ze strachem i wcale nie kokietując, żeby wzbudzić w kimś nie wiem… Współczucie czy dodając swojej wypowiedzi dramaturgii. Niejednokrotnie mówiłam, że podziwiam jedną mamę, że od zawsze siedzi z dzieckiem w domu bez możliwości ruszenia się gdziekolwiek, bez pomocy. Często wspominam, jak podziwiam drugą, za jej konsekwencję w wychowaniu i chociażby dbaniu o to, by dziecko jadło tylko zdrowe rzeczy. Boję się. Że faktycznie coś jest ze mną nie tak, że skrzywdzę moje dzieci wychowując je nie tak, jak trzeba. Że może czas zwrócić się do kogoś  mądrzejszego.

Ale tu znowu przychodzą mi na myśl te wszystkie mamy, z którymi rozmawiałam. Wszystkie mają depresję? Uwierz mi, to nie jest jedna, nie dwie i nie pięć osób. Jest ich więcej i każdą to wszystko przerasta! A przecież my, kobiety, naprawdę jesteśmy silne! I ja wiem, że te emocje to chwila, gorszy moment, i że będzie dobrze (chyba?). Ale te chwile są straszne i rzutują na nasze samopoczucie i funkcjonowanie.

Głowę mam kwadratową od tego wszystkiego… Kocham moje dzieci nad życie i za nic w świecie nie chciałabym z nikim się zamienić. Chciałabym zmienić siebie! Żyć lepiej, bardziej, mądrzej. Tylko nie wiem, czy potrafię.

Tak szczerze… Mam tylko je. Dzieci i męża. Nie zrobiłam jakiejś wielkiej kariery i pewnie już nie zrobię, nawet się specjalnie w życiu nie zdążyłam napracować, bo pojawiły się dzieci. Chyba mam jakiś niedosyt, poczucie, że bycie mamą i żoną to nie żaden spektakularny wyczyn. Przecież prawie każda kobieta ma to na koncie. A większości pewnie wychodzi to lepiej niż mnie.

Czuję się taka… Nijaka. Potrzebna, niezbędna wręcz, ale przezroczysta.

Kurczę. Jeśli spotkasz mnie na ulicy, będę uśmiechnięta. Chyba, że akurat dzieci będą niegrzeczne, to mogę być skwaszona. Będę miła i uprzejma. Możesz nawet pomyśleć, że fajna ze mnie mama. Ja też czasem tak myślę. Jeśli napiszesz do mnie z jakimś problemem, podniosę Cię na duchu. Z najczarniejszej deprechy będę Cię wyciągać i zarażę Cię optymizmem, który naprawdę mam w sobie i o którym tu u mnie tak często czytasz. Zrobię Ci kawę, podam domowe ciasto  i na pewno nie będę wyglądała na strudzoną i nieszczęśliwą. Nie jestem strudzona i nieszczęśliwa! Po prostu jestem tylko człowiekiem i czasem jest mi ciężko, a powody bywają różne.

Wszystko, co Ci tu piszę, piszę szczerze. To, że uśmiech dziecka wszystko Ci wynagrodzi. Tak, naprawdę w to wierzę. To, że bycie mamą to najwspanialsza rzecz na świecie. Myślę tak i jestem przy tym całym sercem. Ale macierzyństwo to najcięższa robota na świecie. Przerosła już niejednego. Niejedną właściwie. Przerosła milion razy, a i tak wychodzimy z tego obronną ręką!

Przecież w życiu nie zawsze wszystko jest łatwo, prosto i na kokardkę.

Jeśli choć jedna osoba, która przeczyta ten tekst stwierdzi : ‘Kurczę, mam tak samo, rozumiem ją!’ albo ‘Jak dobrze, że nie tylko ja tak mam!’ to moja blogowa misja została spełniona. Ten tekst to cała ja. Trochę marudzi, ale w sumie optymistka. I chyba przyzna to każdy, kto mnie zna.

A! Babeczko, z którą rozmawiałam (jedna, druga i dziesiąta) i wspólnie się żaliłyśmy! Wiesz, że to Ty! Dziękuję! Buziak!

Cieszę się, że tu jesteś i że interesują Cię moje treści! Bądź na bieżąco i:

- polub moją stronę na Facebooku TUTAJ
- dołącz do mojej grupy Zadbane i zaradne mamy :)
- śledź kadry z naszego życia na Instagramie TUTAJ
- inspiruj się ze mną na Pinterest TUTAJ